Hotel samopomocy

Osobom cierpiącym na choroby psychicznie szczególnie trudno znaleźć pracę. Mimo tego, że są odpowiedzialni, znają języki. Bezrobocie wśród leczących się psychicznie wynosi ponad 85%. W Krakowie postanowili wspólnymi siłami otworzyć hotel. Wykorzystali zrujnowany ciasny dworek. Kiedy zaczynali, klatka schodowa była umazana, dach przeciekał, a na tyłach, od strony dawnego ogrodu sypała się altanka. Ale dworek miał dobrą lokalizację, 15 minut od Wawelu. Poza tym był niewykorzystany. Psychologowie i lekarze wydeptywali w tej sprawie ścieżki do urzędu miasta, ministerstwa i PFRONu. Po roku wywalczyli budynek, z czasem znalazły się fundusze. Obecnie hotel przy ul. Bałuckiego ma sześć pokoi gościnnych, i pogodne żółte ściany. Nazwano go "U Pana Cogito". Pracownicy sami wybrali go na patrona hotelu, bo on za dużo myśli. Zupełnie jak oni.

Spośród podopiecznych klinik psychiatrycznych wytypowano osiemdziesięcioro kandydatów. Z tej osiemdziesiątki, po rozmowach kwalifikacyjnych, zostało czternaście osób. Obecnie jest piętnaścioro pracowników z różnymi diagnozami, każde po przebytej psychozie. Pełnią obowiązki kelnerów kucharek, recepcjonistek. Jedna z nich, recepcjonistka właśnie, cierpi na psychozę schizoafektywną. Wcześniej, w ciągu dwudziestu dziewięciu lat choroby zaczynała życie zawodowe od nowa siedemnaście razy. Mąż nie sprostał, niestety, musiała się rozwieść. Raz znalazła posadę kierowniczki sekretariatu. Nie przyznała się, że jest chora. Kolejną posadę, po przerwie na szpital, znalazła w innym sekretariacie. Też nic nie powiedziała. Były też: własna firma, dwa sklepy, kurs brokerski, wszystko z przerwami na szpital. Dziś spłaciła długi, teraz ma garsonierę, całą w obrazkach - pastelach. Sama maluje. Bo sztuka działa kojąco. Chciałaby z własnym dzieckiem ułożyć sobie relacje od początku. Córka jej wybaczyła, zrozumiała, że to choroba. Teraz sama jest dla matki oparciem.

Niepełnosprawny pracujący jako kelner pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w cukierni teścia. Co rano, przez dziesięć lat, punkt siódma zakładał fartuch: zimna śmietana z lodówki, gorąca blacha z pieca, mąka do mieszarki, gotowy krem do lodówki. I od początku. Romantyk z posturą niedźwiedzia, kiedy trzeba było, szedł za ladę uspokajać awanturujących się klientów. Po dziesięciu latach zaczął się czuć jak w pułapce. Raz postanowił się przekonać, czy teoretycznie, ewentualnie, miałby szansę na inne życie. Wpisał się na listę kandydatów do przesłuchań w krakowskim radiu; w młodości marzył, żeby być dziennikarzem. Atak był nagły: przestrzeń zaczęła się znienacka rozjeżdżać na dwie strony. Czas też się jakoś zaplątał: wyjąć blachę, blacha upada, brzęk, i od początku. Później, kiedy leki zaczęły działać, założył własną firmę turystyczną. Woził turystów z wypchanymi torbami na wakacje nad Morze Czarne. Został kierownikiem związku narciarzy, zaczął się uczyć jeździć na nartach. Dużo czytał. Żona jednak nie odeszła.. Bo przecież rozpada się około 70-80 proc. małżeństw osób chorych psychicznie. Mężczyźni odchodzą częściej niż kobiety.

Od hotelowej kucharki, która ma dyplom inżyniera chemii, mąż odszedł dopiero po ostatnim ataku jej choroby. Po studiach bardzo chciała wrócić do fabryki do rodzinnej miejscowości. Ale mąż postawił weto. On chciał robić karierę w Krakowie. Została w domu z dzieciakami. Myślała sobie, że życie poszło jakoś nie tak: dom, cztery ściany, można zapomnieć ludzkiego języka. Aż pewnego dnia pojawiły się objawy choroby. Nie pamięta, jak w panice uciekła z domu. Mimo, że terapia zakończyła się pomyślnie, ciągle się boi. Gotowanie, nie ma sprawy, robiła to całe życie.

Inny pracownik swój pierwszy atak choroby przeżył w fabryce w Uzbekistanie. Gdy współpracownicy zorientowali się, że coś jest z nim nie tak, wysłali go do szpitala w Moskwie. Pamięta wszystko: koszmar w pasach. Był początek lat 80. Dwa razy poszedł szukać pracy, ale go nie chcieli. I nie bardzo wiadomo, czy raczej dlatego, że te żółte papiery, czy też ponieważ wcale, ale to wcale się nie uśmiechał. Po trzech latach terapii, okraszonej nadzieją na pracę, zaczął się uśmiechać. Nie spóźnia się, bardzo się stara. Wraz z innymi zaczął tworzyć swoje przyszłe miejsce pracy.

Przychodzili codziennie: stróżowali, siali trawę wokół dworku, hodowali żywopłot i sprzątali. Rupieci wywieźli ze 300 kg. Złom, plastik, śmieci. Raz w tygodniu organizowane są spotkania z psychologiem, a dwa razy w tygodniu kurs obsługi konsumenta w jednej z krakowskich restauracji. W Amsterdamie działa browar i sklep prowadzony przez ludzi ze schizofrenią, a w Edynburgu hotel, hafciarnia i bufet, to dlaczego podobne miejsca nie miałyby działać w Polsce? Jedną osobę wysłano do Edynburga obejrzeć tamtejszy hotel. Przekonać się, że jednak można.

{rscomments off}